Obraz Jonasza Sterna „Ślady” to próba rozliczenia własnych przeżyć wojennych. Kości są bardzo wymownym materiałem, niepokojącym, budzącym grozę. Nabierają jeszcze większej siły w obliczu biografii Sterna. Jak wielu bliskich odebrała mu wojna, jak wielu krzywd doświadczyli oni i on sam? Czy kostne układy są zakodowanym zapisem utraconych istnień? Wydają się jedynym słusznym wyborem po doświadczonej traumie. Niektóre zdarzenia zmieniają nas na zawsze, nie sposób wrócić do tego, co było przedtem. Przejmujące kompozycje z kości tworzone od lat 60. stały się symbolem Zagłady i dramatu ocalenia, wokół którego budowana była narracja o Jonaszu Sternie. Przejmująco pisał o tym już Kornel Filipowicz w opowiadaniu dedykowanym Jonaszowi Sternowi, pt. ”Krajobraz, który przeżył śmierć”: „Reszta jego historii to już tylko dziennik podróży, odbywanej nocami, przy świetle księżyca, na przełaj, na kierunek wyznaczany z gwiazd. […] Oto historia człowieka, który jako jeden z niewielu wyniósł życie z zagłady, przypadkiem, jaki mogła dostarczyć masowa śmierć, dzięki wyjątkowi dającemu pojęcie o ilości istot, jakie trzeba było zabić, aby mogło zaistnieć jedno nieprawdopodobne ocalenie” („Twórczość” 1946, nr 10, s. 69).
Z obrazu emanuje uporządkowanie, jest w nim swego rodzaju cisza, choć jest to cisza najgłośniejsza ze wszystkich. To pogodzenie się z przeszłością, ale nie zapomnienie o niej. Czerwień kompozycji woła o pamięć, napomina, jest głosem sumienia. Stern przedstawia krajobraz po wojnie, który powoli pod wpływem mijającego czasu stara się zaadaptować blizny i rany mu zadane. Przeszła rzeczywistość staje się odrealnionym wspomnieniem, tak jak zamalowane przez Sterna kości, przestają być tak rzeczywiste. Są, ale już zinterpretowane przez artystę. Ułożone według jego zasad. Nie sposób zapomnieć o minionych wydarzeniach, zdaje się mówić artysta, trzeba je jednak dopasować do teraźniejszego życia, uporządkować i znaleźć im miejsce, żeby pozwoliły dalej żyć w nowym kontekście.